Browsing Category

sport

sport

Marzysz o figurze Emmy Watson? Trenuj z Emily Drew!

17 lipca 2015

W czasie gdy u nas prym wiodą dwie fit-królowe – Anna Lewandowska i Ewa Chodakowska, z wtórującymi im studentkami AWF’u, chcących zbić łatwy hajs na fitness-blogach, w USA personalnych trenerek namnożyło się ostatnimi czasy od groma a ich ilość rośnie jak grzyby po deszczu. Sprytniejsze z nich starają się wykorzystać potencjał celebrytów, z którymi współpracują i jedną z nich jest niewątpliwie bohaterka dzisiejszego wpisu – Emily Drew.

Continue Reading

balsamy balsamy do ciała dieta gadżety kosmetyki lifestyle mgiełki porady przemyślenia sport zdrowie

Za co kocham Victoria’s Secret!

18 listopada 2014

VICTORIAS SECRET SHOW 2013 -1116 61

Victoria’s Secret to zdecydowanie kontrowersyjna marka: wzbudza szereg emocji, od miłości do nienawiści. Wielokrotne pozwy sądowe o kradzieże projektów czy godzące w uczucia odbiorców reklamy to u nich standard. Mimo to marzeniem niejednej początkującej modelki jest dołączenie do elitarnego grona dziewczyn zwanych aniołkami VS. Co jest powodem tej ślepej miłości? Możliwość szybkiego zarobku czy specyficzny styl życia, który jest nieodłącznym elementem każdej z Angels?

Nie od dziś wiadomo, że marka VS promuje zdrowy tryb życia. Modelki w przeciwieństwie do wielu swoich konkurentek z high fashion nie odstraszają figurą kościotrupa – wręcz przeciwnie – posiadają krągłości (tam gdzie trzeba) i wysportowane sylwetki. W internecie możemy znaleźć mnóstwo filmów instruktażowych z ćwiczeniami modelek – te najbardziej wiarygodne są tworzone we współpracy aniołków z ich trenerami na oficjalnym kanale YouTube Victoria’s Secret.

Ostatnimi czasy głośno było o kampanii VS „The Perfect ‚Body'”, która wywołała ogromny sprzeciw i mnóstwo protestów zarówno w Stanach jak i pozostałych krajach, w tym w Polsce. „Body” to kolekcja staników – idealnie miękkich, dopasowanych do ciała, dających komfort noszenia niczym druga skóra. Jestem stałą klientką Victoria’s Secret i jeżeli staniki te są tak wygodne, a nawet bardziej od tych, które już posiadam w swojej kolekcji, jestem skłonna uwierzyć zapewnieniom producenta. Jednak nie w tym problem. Oburzenie wywołała zupełnie inna kwestia – a mianowicie rzekome bombardowanie przeciętnych klientek kultem idealnego ciała. W skrócie: plakat promujący najnowszą kolekcję wywołał ból dupy leniwym babom, więc zaczęły działać. Niestety, jak to zazwyczaj bywa – w głupi i nielogiczny sposób.

resize

Setki kobiet włożyło mnóstwo czasu i energii na podpisywanie petycji studentek z Leeds, o otrzymanie przeprosin od VS i „wzięcia odpowiedzialności za negatywny przekaz, który wysyła do kobiet”, portale społecznościowe zapełniły się od fotografii z hasztagiem #iamperfect – bardzo odważnych zresztą, pojawiły się nawet odpowiedzi w formie sesji zdjęciowych:

image20

Cóż. Wszystkich popierających powyższy cyrk muszę zmartwić. Ciała na powyższej fotografii będącej odpowiedzią dla VS – nie są idealne. Od kiedy to otyłość prowadząca do wielu chorób lub nadmierne wychudzenie są uważane za ideał? Po co tracić czas, energię i pieniądze na tak idiotyczne akcje, skoro można je przeznaczyć właśnie na wykonanie kilku ćwiczeń dziennie, by w zdrowy sposób nabyć pewności siebie i zaakceptować swoje ciało? Głupim usprawiedliwianiem i wmawianiem sobie, że jesteś idealna, nigdy nie osiągniesz tego, czego tak bardzo zazdrościsz kobietom widocznym na plakacie VS. Chcesz być piękna? Kanony zmieniają się wraz z postępem, czas zaakceptować fakt, że skoro w jakikolwiek sposób reklama daje Ci do zrozumienia, że czujesz wstyd spowodowany swoim obecnym wyglądem, to czas zacisnąć zęby i wziąć się za siebie. Zacznij biegać, uprawiaj swoją ulubioną formę sportu, ruszaj się, jedz zdrowo. Jeśli natomiast odpowiada Ci siedzący tryb życia i czujesz się dobrze w swoim ciele – w porządku. Siedź i jedz dalej.

victoria27s20secret20o1ssp

victoria27s20secret20b1s1c

Camille_Rowe_at_Victorias_Secret_beach_fashion_photoshoot (15)

abe_YEetx

Na swoim przykładzie mogę powiedzieć, że nie czuję żadnego rodzaju upokorzenia czy wstydu, widząc zdjęcia modelek z Victoria’s Secret – mimo ponad 3-tygodniowej przerwy od aktywności fizycznej spowodowanej kontuzją kostki, bez problemu mogłabym wyjść na ulicę w samej bieliźnie, bo czuję się dobrze w swoim ciele. Nie sądzę, że na taki krok odważyłyby się dziewczyny krytykujące kampanię – no chyba, że w akcie desperacji, w ramach poparcia swojego zdania. Nie oznacza to jednak, że czułyby się z tym w 100% dobrze.

Przekonywanie samej siebie, że nie musisz być doskonała może być ucieczką od pracy nad sobą.

tumblr_nf78hijK1S1rtrwi8o1_500

Wracając jednak do samej marki… Tak jak wspominałam, bielizna oferowana przez VS jest cudowna. Zanim zdecydowałam się na pierwszy zakup, przeczytałam kilka nieprzychylnych opinii, jakoby była kiczowata i ze średniej jakości materiałów – nic bardziej mylnego. Po roku używania zarówno staniki jak i figi (uwielbiam figi!) są w idealnym stanie!

tumblr_nf4bj7pNEo1s9kiugo1_1280

VS przełamuje stereotypy. Przykładem na to może być chociażby dołączenie do grona modelek Karlie Kloss, uważanej za typowo wybiegową modelkę. Karlie pokazała wszystkim, że bez względu na wzrost czy typ urody, każda z nas może czuć się sexy.

7fac8bc724df6495dcbb3880229efb00 16ca6eb2694ae8017c620ba732d86b66 d4740c556a9bd2193af144f7f05f0dd8 tumblr_nf3nmjBCfx1u03y4so1_500

VS stawia na wygląd nie tylko modelek, ale również swoich produktów. Asortyment jest całkiem spory, prócz bielizny znajdziemy mgiełki do ciała, balsamy, błyszczyki, lotiony i wiele innych!

tumblr_inline_mitaswJQeE1qz4rgp

Gdyby nie Victoria’s Secret nie poznałabym mojej ukochanej role model – Mirandy Kerr czy równie lubianych Behati Prinsloo i Lindsay Ellingson. Wiele początkujących, dobrze prosperujących modelek trafiło ostatnio do grona VS – między innymi Jourdan Dunn, Barbara Palvin i znana wszystkim, choć mnie osobiście nudząca Cara Delevingne. Nie ma co ukrywać, aniołki zarażają pozytywną energią, a dowodem tego są spektakularne i niepowtarzalne pokazy mody organizowane co roku we współpracy z koncernami muzycznych gwiazd we wspaniałej scenografii od sierpnia 1995 roku (rok po moim urodzeniu!).

♡ źródło fotografii: Pinterest & Google

dieta lifestyle przemyślenia sport

O tym, dlaczego przestałam wchodzić na wagę…

24 września 2014

W ciągu swojego 20-letniego życia wielokrotnie słyszałam komentarze na temat mojej wagi, lub jak kto woli … niedowagi. Odkąd pamiętam – byłam chudzielcem. W dzieciństwie po 4 roku życia zaczęłam intensywnie rosnąć, a procent tkanki tłuszczowej był minimalny. Przeglądając zdjęcia można nawet zauważyć piękny naturalny sześciopak – nie, nie uprawiałam sportu, byłam po prostu ruchliwa. Miłość do aktywności fizycznej od najmłodszych lat próbował zaszczepić we mnie tata – były narciarz biegowy, który przez kontuzję musiał przerwać swoją karierę – historia jakich wiele, niestety takie jest życie. To on wyleczył mnie chwilowo z tzw. cykorzenia – strachu przed upadkiem, utonięciem po wrzuceniu na głęboką wodę, zdartym kolanem czy niepowodzeniem w pierwszej jeździe na rowerze bez asekuracji. Był konsekwentny, ale to pozytywna cecha każdego trenera.

W pierwszych latach podstawówki zniechęciłam się do jakiejkolwiek aktywności fizycznej przez zajęcia korekcyjne, na które zmuszona byłam uczęszczać przez wadę kręgosłupa. Zadawane ćwiczenia powodowały ból, instruktor nie robił z tego większego problemu, ba udawał, że go nie ma – ale czego więcej oczekiwać od emerytowanego wuefisty w małej mieścinie – na pewno nie profesjonalizmu i na pewno nie w tamtych czasach.

Widząc akcję promowaną przez Annę Lewandowską ‚Stop zwolnieniom z WF’ mimowolnie się uśmiecham. Do pierwszej klasy LO był to znienawidzony przeze mnie przedmiot. Zaczęło się w czwartej klasie podstawówki, gdzie po raz pierwszy przydzielono wszystkim wuefistę – na dodatek zupełnie niekompetentnego, nie szczędzącego szyderczych uśmieszków i komentarzy na nasz temat kierowanych do drugiego nauczyciela wychowania fizycznego. On nie uczył – on wyśmiewał. To właśnie wtedy pojawiła się pierwsza, zacięta rywalizacja pomiędzy urodzonymi mezomorfikami, endomorfikami i ektomorfikami. Ja należałam do tych ostatnich. Nie oznacza to, że tacy ludzie nie mają potencjału do sportu – wręcz przeciwnie – należy je odkryć. Ja nie miałam warunków do ich odkrycia, w domu zresztą na swoje narzekania słyszałam krótki komentarz ‚nie możemy być ze wszystkiego najlepsi’ – nawiązywał on do mojej nauki. Uczyłam się dobrze. Obraz kujona bez koordynacji ruchowej to najlepszy pretekst do żartów właśnie na godzinach wychowania fizycznego. Wielokrotnie byłam kozłem ofiarnym i punktem celowych, silnych piłek setowych od najbardziej wysportowanych dziewczyn, chcących zaimponować przystojnym wuefistom. Brak różnorodności w trakcie zajęć, ograniczający się do rzucenia piłki dzieciakom lub odświętne ćwiczenia na sprawdzenie wytrzymałości, kończące się tygodniowymi zakwasami to nie jedyny powód, dla którego organizowana przez żonę polskiego napastnika wydaje się śmieszna. Nie ma opcji, żeby ludzie z dnia na dzień pokochali sport w imię wyższych idei. Potrzebny jest bodziec i odpowiednia osoba, która przeprowadzi nas z trudnej drogi nienawiści do miłości.

Wracając jednak do mojej historii ze sportem. Gimnazjum – kolejny okres porażek i niepowodzeń. Prócz wspomnianego przeze mnie wyżej braku różnorodności doszedł fakt, że wuefista, który prowadził nasze zajęcia – znał mojego ojca. ‚Nie wdałaś się w tatę.’ – kwitował krótko za każdym razem, gdy omdlewając przebiegałam szóste kółko wokół szkoły w najgorszy mróz, dusząc się, krztusząc, nie czując nóg. Wielokrotnie przez takie hartowanie organizmu chorowałam na zapalenie oskrzeli, dwukrotnie na zapalenie płuc. Kiedy na dworze robiło się odpowiednio zimno (temperatura spadała poniżej 5 stopni Celsjusza), mogliśmy w końcu wrócić do murów szkoły i grac w uwielbianą przez mezomorficznych mutantów siatkówkę. Wyjątkiem rozrywek była koszykówka – której również nie ogarniałam, rzucanie piłkami lekarskimi – nieprzystosowanymi wagą do budowy ciała połowy uczniów, czy też wiszenie na drążku – bez wcześniejszej rozgrzewki. Dlaczego mówię bez rozgrzewki? Prowadziły ją najczęściej osoby niemające pojęcia o poszczególnych ćwiczeniach.

To właśnie w gimnazjum jedna z uczennic, chcąc zrobić sensację – wycelowała we mnie siatkową piłkę setową, której nie tylko nie odebrałam w należyty sposób, ale również oberwałam w nos, który – jak niedawno się okazało – został złamany. Nie zdawałam sobie tego sprawy do tego roku, do momentu, aż usłyszałam od otorynolaryngologa, że mam nos pourazowy ze skrzywioną przegrodą, dlatego oddycham jedną dziurką i mam ‚głos nosowy’. Nikt kompetentny nie zauważył złamania. Nos bolał, puchnął. O odszkodowaniu mogę w tej chwili pomarzyć. Gdy nadchodziły końcowe dni zimy – nawet zanim weszliśmy w kalendarzową wiosnę – ponownie wychodziliśmy na dwór rzucać oszczepem – oberwałam w głowę, kulą – zmiażdżyłam sobie stopę, a nawet grac w piłkę ręczną – wówczas zostałam z całej siły popchnięta na betonowe, chropowate boisko i zdarłam sobie skórę z kolan, dzięki czemu blizny posiadam do dnia dzisiejszego. I jak tu pisać o pozytywnych wspomnieniach?

W drugiej gimnazjum powiedziałam sobie – dość upokorzeń. Nie miałam wiele siły, ponieważ nigdy nie ćwiczyłam z naciskiem na trening siłowy, za to moim ogromnym atutem była elastyczność ciała. W domowym zaciszu zaczęłam się rozciągać – właśnie za szpagat otrzymałam pierwszą pozytywną ocenę z wf. Żebyście widzieli miny zazdrosnych mezomorficznych mutantów, które następnie tak jak ja za wszelką cenę chciały dojść do takiej formy – oczywiście z niepowodzeniem. Stretching był moją pierwszą ulubioną formą aktywności fizycznej. Później doszły brzuszki, lekkie hantelki, dzięki którym nieco bardziej wyrzeźbiłam swoją sylwetkę. Pod koniec trzeciej gimnazjum wuefista zdecydował się dać mi piątkę na koniec roku dzięki czemu miałam najwyższą średnią w szkole. To był mój motor do działandb8a2fbcab8f8c06775d71875b99f132ia – niby nic, a jednak ktoś, kto przez bite dwa lata widział we mnie łamagę, w końcu docenił moje starania. Przez wakacje dzielące gimnazjum i początek LO intensywnie ćwiczyłam. Moja wydolność i siła skoczyły ku górze, potrafiłam nie tylko z odpowiednią siłą zaserwować piłkę w siatkówce, ale również bez większego wysiłku przepłynąć 60 długości na basenie, co dało mi ocenę celującą na koniec. Właśnie w liceum okres przestał być moją wymówką do ćwiczeń, nauczycielka doceniła to, że nie miałam zwolnień, tak jak większość koleżanek. Moje zainteresowanie aktywnością fizyczną rosło z dnia na dzień. W drugiej LO, po przeprowadzce do innego miasta raczej trzymałam się mezmoroficznych mutantów, przez co żaden z wuefistów nie widział we mnie tej dawnej, zakompleksionej, niepewnej swoich sił dziewczyny. Zabawne, że przez chwilę nawet myślałam o studiowaniu na AWF. Doszłam jednak do wniosku, że sport może być w moim przypadku hobby – niekoniecznie formą zarabiania pieniędzy…

Wracają jednak do tematu tytułowego postu. Waga i jej wahania wciąż są moim problemem. Może zabrzmi to śmiesznie, ale chcę przytyć… W szczytowej formie ważyłam 55 kg. Przed maturą gwałtownie schudłam – prawie 8 kg – nie jest to normalne, więc postanowiłam udać się do lekarza, który następnie skierował mnie do endokrynologa, ten natomiast zlecił wszystkie istotne badania, po których okazało się… że jestem zdrowa. Nikt do końca nie wie, co było powodem mojego gwałtownego spadku wagi. Obsesyjnie próbowałam wrócić do upragnionych 55 kg, jednak z czasem zrozumiałam, że nadmierne jedzenie i wpychanie w siebie na siłę nie przynosi niczego innego poza zmęczeniem, ociężałością i brakiem chęci do ćwiczeń. Trenowałam dalej, zauważyłam przyrost tkanki mięśniowej i zadowolona postanowiłam wejść na wagę. To co ujrzałam – przeraziło mnie kompletnie. 47 kg oznaczało alarmującą niedowagę. Przesadziłam z ćwiczeniami – myślałam. Przestałam ćwiczyć początkowo na tydzień – zaczęłam więcej jeść. Kolejne sprawdzanie wagi wprawiało mnie w kompletne osłupienie. 46 kg… 45 kg… 44,5… Udałam się ze swoim problemem do dietetyka, który rozpisał mi racjonalny jadłospis na cały tydzień. Trzymałam się go jak tonący brzytwy, 6 posiłków dziennie, co 3 godziny. Stawałam na wagę i nic. Wciąż niedowaga. Nie rozumiałam tego. W lustrze nie widziałam kościotrupa – wręcz przeciwnie – zdrową, szczupłą osobę. Dzieliłam się swoimi problemami z przyjaciółką, która dolała oliwy do ognia, kiedy się spotkałyśmy – Faktycznie schudłaś… – stwierdziła – Tu, na buzi… – Jej subiektywna opinia wprowadziła mnie w jeszcze większy smutek. Do tego doszedł brak ćwiczeń, które nie oszukujmy się: kocham – depresja gwarantowana. Zaczęłam przeglądać artykuły na temat wrodzonej chudości, tego, że organizm może mieć tendencję do zamieniania kcal w ciepło – a nie ich magazynowania. Wyczytałam również, że dobrym sposobem na nabranie masy mogą być ćwiczenia siłowe – na początek jednej partii ciała. Czemu nie – pomyślałam – Zawsze to jakiś powrót do ćwiczeń. I zaczęłam ćwiczyć. Najważniejszy jest jednak paradoks całej tej historii. Ostatnio przy okazji wizyty u weterynarza postanowiłam stanąć na wagę. Ujrzałam śliczną, nieprawdopodobną liczbę 50 kg. Z zaciekawieniem spojrzałam na lekarza pytając, czy ta waga działa na ludzi tak samo jak na zwierzęta. Odpowiedział, że tak. Nie ukrywając radości popędziłam do domu i postanowiłam dokładnie obejrzeć wagę. Okazało się, że majstrowała przy niej moja mama, która odejmowała sobie kilogramy, by poczuć się lepiej po stanięciu na wagę.

Wiesz kochanie, mi to poprawiało humor, a Tobie dało mobilizację do tycia.

#takbardzooszukana
#nieufamwagom
#czujsięzdrowowewłasnymciele