Artykuły Emma Piękna i Bestia recenzje

Gościem Bądź! Be Our Guest!

19 marca 2017

Niezwykle ciężko jest pisać o filmie parę dni po premierze, z myślą o wszystkim tych, którzy nie mieli jeszcze okazji wybrać się do kin / odpalić nielegalną, piracką wersję w sieci. (Do tej pory nie mogę nadziwić się osobom, które ryzykując życie, z precyzją zegarmistrza ustawiają amatorskie kamerki w kinowych salach, żeby następnie wrzucić nagrane przez siebie „dzieła” w zatrważającej jakości na putlockery i inne tego typu serwisy.) Ale nie o tym dzisiaj:

wróćmy do filmu!

Dacie wiarę, że do napisania dzisiejszej recenzji przygotowywałam się latami? Nieco więcej na ten temat przeczytacie w moim gościnnym artykule na Medleyland.pl, który miałam okazję polecać Wam w ubiegłym tygodniu. Słowem wstępu: ja naprawdę, naprawdę nie wiedziałam, czego się spodziewać. Mówiąc szczerze, przed wejściem na salę, byłam tak zestresowana, jakby był to co najmniej mój własny film. Biorąc pod uwagę swoje zaangażowanie w śledzeniu poczynań na planie i kolekcjonowanie każdego inside-info od ekipy produkcyjnej, aktorów, osób odpowiedzialnych za najmniejszy detal filmu – mogłabym spokojnie stwierdzić, że towarzyszyłam im przez większość pracy nad ekranizacją. Poza tym – wiecie – Emma & spółka. Moi ulubieni ludzie we wszechświecie. Jak mogłabym nie ekscytować się końcowym efektem ich (nie oszukujmy się: ciężkiej) pracy? A efekt, jak się okazało – dosłownie wbił mnie w fotel.

Prawdopodobnie zadziałała tu złota zasada trailerów. W skrócie: im gorszy trailer, tym lepszy film i na odwrót: im lepszy trailer, tym słabszy film. Nie wiedzieć czemu – w przypadku wszystkich ekranizacji, na które decyduję się wybrać do kina – to zawsze działa. Po obejrzeniu zwiastunów i zapowiedzi filmowej adaptacji historii z 1991 roku, moje oczekiwania były mieszane. Jakby tego było mało, naczytałam się najgorszego sortu blogów na tumblrze, których autorzy z góry zakładali nieumiejętnie dobrane role, zwiastując przy tym kompletną porażkę zarówno Emmy jak i jej kolegów z planu. Nie powtarzajcie mojego błędu. Trzymajcie tego rodzaju „źródła informacji” na dystans i nie pozwólcie sobie, by czyjaś sugestia kompletnie zniszczyła Waszą końcową percepcję filmu. To najgorsze, co możecie zrobić.


kliknij na powyższą miniaturkę, by zobaczyć oryginalny obraz

Tak, jak obiecał Bill Condon, zmian mamy kilka. Są one jednak na tyle subtelne, że nie sposób traktować ich jako reinterpretację znanej nam dotychczas historii. Wręcz przeciwnie – po obejrzeniu filmu – mogę spokojnie stwierdzić, że stanowią one doskonałe uzupełnienie niedopowiedzeń widocznych w bajkowej adaptacji. Elementy dodane przez Condona można w sumie traktować jako wisienkę na torcie dla starszej części widzów. Na próżno szukać tu infantylizacji postaci czy przerysowanych emocji, swoistych dla wersji bajkowej. Relacje między bohaterami również uległy ochłodzeniu, a zabieg ten, prawdopodobnie miał na celu nadanie bardziej wyraźnego, realistycznego tonu. To chyba jeden z tych aspektów, z którymi trudno będzie się pogodzić fanom klasyki z 1991 roku.

kliknij na powyższą miniaturkę, by zobaczyć oryginalny obraz

kliknij na powyższą miniaturkę, by zobaczyć oryginalny obraz

Jeśli zdarzyło Wam się natknąć na opinie, że film jest swoistą kalką bajki – nic bardziej mylnego. Pominięcie wielu bajkowych dialogów, a także wprowadzenie wątków dotychczas nieznanych nam postaci wprawia w ciekawość, która sprawia, że kolejne sceny pochłania się z zapartym tchem. Bill Condon nie pierwszy raz udowadnia, że świetnie czuje się w odwzorowywaniu problemów różnego rodzaju społeczności. Karykaturalne i perfekcyjne momentami, ukazanie zachowań mieszkańców relatywnie małej wsi to kolejny powód, dla którego warto wybrać się do kina. Być może, jeśli tak jak Bella, pochodzicie z prowincjonalnych miejscowości, z wieloma z nich uda Wam się utożsamić.

Co do kontrowersji, o których głośno zrobiło się w mediach po pierwszych, przedpremierowych seansach: drodzy rodzice – nie ma się czego bać. (W sumie powinnam zacząć od tego, że generalnie rzeczy, o których wspomnę za chwilę – nie są powodem do strachu…). Zarówno wątki feministyczne, jak i te dotyczące tolerancji rasowej oraz różnorodności orientacji seksualnej / tożsamości płciowej – są subtelne. Film w żadnym stopniu nie jest sugestywny – Bill Condon nie posługuje się perswazyjnymi sztuczkami, przekonującymi widza do natychmiastowej zmiany poglądów – wręcz przeciwnie. Jego wizja jest zabawna, delikatna i transparentna w pełnym tego słowa znaczeniu.

Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o tzw. syndromie sztokholmskim. Na termin ten wielokrotnie zdarzało mi się natknąć podczas promocji filmu. Prosto ujmując, jest to stan psychiczny, który pojawia się u ofiar porwania lub u zakładników, wyrażający się odczuwaniem sympatii i solidarności z osobami je przetrzymującymi… Często jest tak, że nie zdajemy sobie sprawy z istniejącego zjawiska do momentu, aż ktoś je nazwie. Tak było ze mną i tym, jak postrzegałam historię opowiedzianą w bajkowej wersji. Zwyczajnie nie widziałam nic dziwnego i podejrzanego w tym, że przetrzymywana przez Bestię Bella po pewnym czasie zachowuje się tak, jakby przebywanie w więzieniu sprawiało jej dosłowną radość. Brzmi absurdalnie, czyż nie? Jak wspominałam wyżej, entuzjazm postaci w filmie został znacząco obniżony, dzięki czemu w przypadku Belli wspomniany wyżej syndrom jak i niedorzeczne zachowania nie mają racji bytu.

Mistrzowsko dobrani aktorzy z ponadprzeciętnym wokalem, dyskretne wprowadzenie nowych elementów fabuły, zapierająca dech w piersiach scenografia, a to wszystko zdobione wierną oryginałowi i uwielbianą przez setki tysięcy, piękną muzykę. Czego chcieć więcej? Czy znalazło się coś, czego brakowało mi w filmie? Owszem. Ale zdradzę Wam ten szczegół na samym końcu.

Nowa, odświeżona wizja Pięknej i Bestii z oddanym przez Billa Condona respektem do oryginału, ma szansę zdobyć miłość kolejnych pokoleń. Pomimo wielu głosów sprzeciwu i nieuzasadnionych ataków, warto go obejrzeć zarówno w samotności jak i rodzinnym gronie.

Pamiętacie… bajkową scenę, w której Bestia rozkazuje Belli zejść na obiad? Kończy się ona tragicznym rzutem na łóżko, który możemy zaobserwować w wielu innych disneyowskich filmach z lat dziewięćdziesiątych. O tak. Właśnie tej sceny brakowało mi najbardziej. Chociaż… z drugiej strony może lepiej, że ją pominęli? Wiecie, ze względów bezpieczeństwa.

You Might Also Like