FASHION geek zone lifestyle przemyślenia

Media społecznościowe – błogosławieństwo czy przekleństwo? (naszych czasów)

5 listopada 2015

Będę szczera, nie wpadłam sama na temat dzisiejszego wpisu. Był jest i będzie on podejmowany ochoczo przez wielu blogerów w tym amerykańską blondyneczkę, której nazwisko (Essena O’Neill) za sprawą heroicznego czynu skasowania wszystkich social mediów widnieje od ostatnich kilku dni na nagłówkach magazynów online (i nie online). Co takiego zrobiła, że przeszła do historii? Otóż zaczęła szczerze mówić o tym co czuje.

 

Jeśli przyłapałaś się na patrzeniu na „dziewczyny z Instagrama” i choć przez chwilę chciałaś żyć ich życiem… Czas najwyższy, żebyś zdała sobie sprawę z tego, że widzisz tylko to, to podają Ci na tacy. Jeśli oznaczają markę, w 99% przypadków dostały za to pieniądze. Nie ma nic złego we wspieraniu mark, które kochasz (dla przykładu z dumą promowałabym ekologiczną pościel czy posiłki wegańskie w zamian za pieniądze w biznesie, który niesie za sobą pewien przekaz). Ale TO ^^^ nie ma żadnego przekazu. Udawany uśmiech, obcisłe ciuchy i branie kasy za bycie piękną nie niesie za sobą żadnego przekazu. Jesteśmy pokoleniem, któremu narzuca się konsumpcję bez żadnej refleksji, skąd pochodzą kupowane przez nas produkty i jakie konsekwencje przyniesie nasz wkład w ich kupno.

A skoro jej odczucia są odmienne od większości, podobnie jak uczucia naszej kochanej Olfaktorii, sława wśród głupiejącego do resztek możliwości społeczeństwa gwarantowana. Bo wiecie, lubimy mówić o innych od nas. Czego jestem idealnym przykładem. Ale o tym innym razem.

Dziś o mediach społecznościowych, o dotrzymywaniu kroku światu idącemu naprzód i chorych praktykach na pozór zwyczajnych instytucji, które doprowadzają moją starą duszę do białej gorączki.

Czytaliście poradnik najpopularniejszego polskiego blogera o blogach i mediach społecznościowych? Nie? Czemu mnie to nie dziwi. Otóż w skrócie streszczę, iż książka ta podpowiada nam, początkującym i weteranom świata blogosfery, że bez tych malutkich, nowoczesnych narzędzi, w swoim wyimaginowanym świecie, w którym zwracamy się do bliżej nieokreślonego odbiorcy jesteśmy nikim. Bowiem mamy ograniczone pole do popisu.

Kiedy byłam młoda (i głupia) i stawiałam pierwsze kroki w blogosferze, a miało to miejsce … około 11 lat temu, aby zaistnieć jako mniej lub bardziej czytany bloger, wystarczyło zostawiać u innych blogerów komcie, komentarze. Swego rodzaju wizytówki w postaci paru miłych słów. Mogłeś wypowiedzieć się na temat idiotycznego wpisu, albo wpisać regułkę w stylu ‚Cześć! Świetny blog. Jeśli interesuje Cię blablabla, serdecznie zapraszam do siebie + adres’. Komentarz zwrotny – gwarantowany, chyba, że autor był zwykłym egoistycznym bucem, takim jak ja. Nie mówię, że zapaleni komentatorzy wyginęli śmiercią medialno-społecznościową, nie, oni wciąż dzięki Bogu istnieją. Mimo to, kiedy blogosfera pęka w szwach, aby zaistnieć musisz się czymś wyróżnić. Sorry, taki mamy klimat. I tym oto sposobem szafiareczki prześcigają się w swoich ‚wy-indywidualizowanych’ stylizacjach promujących bangladeskie szmaty szyte krwią, blogerki kulinarne opisują potrawy inspirowane kuchnią szefa Amaro, zrobione z lokalnej ziemi lub jesiennych liści, a właścicielki ekskluzywnych blogów o perfumach podejmują się kontrowersyjnych tematów w stylu ‚8 cech idealnego faceta’. Dzięki Bogu, to się sprzedaje.

Wracając jednak do mediów społecznościowych, dzięki którym istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że nasi przodkowie nazwą nasz gatunek nowym homo sapiens, a mianowicie smyraczy. Dlaczego smyraczy? Ponieważ w każdej wolnej chwili wlepiając swoje zakrwawione od nadmiaru promieni emitowanych przez szklane ekrany oczy, smyramy po tych naszych ceglastych smartfonach poszukując bliżej nieokreślonego szczęścia: memu, trafnego wpisu czy nowego filmiku na YouTube. Błogosławieństwo czy przekleństwo? I czy da się na to pytanie jednoznacznie odpowiedzieć?

Facebook. Pomijając kwestie fanpage, których kompletnie nie ogarniam, skupmy się na roli tego wspaniałego portalu. Z jednej strony grozi paranoicznymi myślami o tym, że coś jest z Tobą nie tak, kiedy wszystkie znajome, które posiadasz … biorą ślub, zaręczają się lub oczekują dziecka, z drugiej jednak facebookowe grupy studenckie to źródło dość istotnej wiedzy, kiedy nie zawsze możesz pozwolić sobie na ogarnianie tego, co dzieje się na uczelni.

Twitter. Fajna rzecz. Najchętniej wysłałabym na ten portal wszystkich użalających się w postaci jednego zdania na Facebooku. Kto wie, czy to nie jedyne medium społecznościowe, do którego pałam sympatią?

YouTube. Z jednej strony tutoriale, z drugiej talkshow, z trzeciej miłe dla oka pożeracze czasu w postaci fanartów związanych z Twoim ulubionym filmem bądź serialem, a z czwartek tak zwany kraniec internetu. Po kilku latach posiadania internetu odnoszę wrażenie, że dotarłam na YouTube dosłownie wszędzie, ale może się mylę. Jeśli tak, podlinkujcie na dole jakieś nietypowe rzeczy.

Instagram. Wylęgarnia pseudo-modelek promujących odzież niewiadomego pochodzenia i jednocześnie źródło wielu inspiracji. Instagram to żywy przykład na to, że nie da się jednoznacznie określić, czy jest to wspomniane w tytule błogosławieństwo czy raczej przekleństwo. Z jednej strony inspiracje są ważne, dają nam kopa do działań każdego, szarego, niczym nie wyróżniającego się dnia. Chcesz spędzić kilka cudownych minut na Karaibach – nic prostszego, wystarczy, że znajdziesz odpowiednie konto ze zdjęciami przepięknych widoków. I tak praktycznie z każdym miejscem na świecie. Problem zaczyna się wtedy, kiedy zaczynamy odczuwać kompleksy z powodu bombardujących nas fotografii ‚idealnych’ blogerek, które przed opublikowaniem zdjęcia używają trylionów możliwych programów graficznych, aby buźkę: wyszczuplić, odpryszczyć, rozjaśnić, wyprostować nosek czy zredukować inny defekt, na przykład zmarszczki. Nie obce im również głodówki i pozowanie do nieopisanej ilości fotek przed znalezieniem jednej, w której brzuch wygląda korzystnie. Wizerunek – nienawidzę tego słowa.

Ask. Portal dla idiotów lubujących się w obnażaniu swoich prywatnych spraw i odpowiadaniu (w większości) anonimowym osobom. Obecnie znalazł inne zastosowanie, a mianowicie w tworzeniu pseudo-kont poświęconych idolom, których autorzy, najczęściej w przedziale wiekowym 8-14 nieświadomie kradną treść intelektualną prosto z polskich fanpage’y kreowanych od lat przez ludzi takich jak ja.

Tumblr. Tamblr, jak ja to mówię. Złego słowa nie powiem, ponieważ od 2011 sama prowadzę konto. Niezły pożeracz czasu. Obecnie jestem jednak zafascynowana Pinterestem, a o różnicach między tego rodzaju portalami znajdziecie tutaj.

Snapchat. Ololo. Kolejna po asku idiotyczna aplikacja. Nie wiedzieć czemu, ale kojarzy mi się ze… zdradami. Bo czemu mają służyć kilkusekundowe ujęcia? To jakaś metafora ulotności chwil, skłanianie odbiorców do chwytania dnia i cieszenia się chwilą? Cóż od tego są chyba aparaty fotograficzne?

Czy chcesz tego czy nie, żeby nadążać, idziesz z biegiem czasu. Nikogo nie obchodzi to, że dostajesz białej gorączki na widok powiększonych smartfonów na przystanku autobusowym (panele z rozkładami jazdy) czy w budynku ZUS’u, w którym spodziewałaś/spodziewałeś się kolejek jak za komuny do mięsnego. Niedługo nawet ściany w domach będą wyświetlaczami – zawód przyszłości: okulista.

Chociaż wspomniane społeczniaki mają wiele pozytywnych aspektów, jedno jest pewne. Wszystkie sprowadzają się do jednego: pożerania czasu. Czasu, który moglibyśmy wykorzystać na rozmowę, budowanie zdrowych relacji, czytanie książki, naukę. Bądźmy jednak szczerzy. Kogo to obchodzi? Opinia, jaką wyrabiamy sobie na podstawie śledzenia poszczególnych osób nam samym krzywdy jako tako nie robi, a kogo obchodzi życie biednych szwaczek czy krawców, o których wspominałam we wpisie ‚Materiały szyte krwią‚. Ważne, że kupuję tanie chińskie gówna zgodnie ze swoim sumieniem. A że to jest kompletnie niehumanitarne, to moja włąsna sprawa. Sądzić może mnie tylko Bóg. A wiesz co się liczy? Że tak zarymuję, inspirując się utworem Peji: Fani i lajki w medialnej dziczy. Yo, yo.

You Might Also Like